9/11

11 września 2001 roku organizacja terorystyczna Al-Kaida dokonała krwawego i zaskakującego ataku na Stany Zjednoczone. Dwa, z czterech, porwane samoloty z cywilami na pokładzie uderzyły w wieże World Trade Center na nowojorskim Manhattanie. Kolejny uderzył w Pentagon, a trzeci runął na ziemię w Pensylwanii. W zamachu zginęło około 3000 osób. Dzień amerykańskiego horroru wstrząsnął całym światem. Zginęli ludzie wszystkich nacji, w tym Polacy – takie rzeczy nie powinny mieć miejsca! Byliśmy w miejscu, gdzie stały dwie gigantyczne wieże rok temu – w listopadzie odwiedzimy je ponownie oddając hołd ofiarom.

wtc

Dzisiaj w GW jest świetny artykuł – właściwie spowiedź Polaka, który pracował w WTC – poczytajcie, warto:

Mój 11 września

Aneta Augustyn 2009-09-11, ostatnia aktualizacja 2009-09-11 01:48:24.0

Samolot wbił się między 94. a 98. piętro. Kilka kondygnacji nade mną. Rozmowa z Tadeuszem Hancem, który pracował w wieży World Trade Center

Wstał pan rano…

– I zacząłem dzień od joggingu w Central Parku. Mieszkałem na West 86 Street, niemal przy samym parku. Nie mamy dzieci, oboje dobrze zarabialiśmy, więc Manhattan był dla nas. Czułem się tak fantastycznie, że na wakacje niechętnie stamtąd wyjeżdżałem. Nawet praca była dla mnie przyjemnością. Raptem 20 minut subwayem i już byłem na stacji pod One World Trade Center, stamtąd ruchomymi schodami do lobby i windą na 86. piętro.

Pracowałem w The Port Authority of New York and New Jersey, który jest właścicielem portów lotniczych, morskich, tuneli i mostów. World Trade Center też było nasze, byłem tam odpowiedzialny za inwestycje; nadzorowałem m.in. budowę dużej emergency station, która zasilała obie wieże w przypadku awarii prądu.

Wieże zaczynają żyć o dziewiątej, ja lubiłem przyjechać do swojego gabinetu wcześniej, kiedy jeszcze było cicho: rozłożyć „New York Times”, przejrzeć giełdy, zaparzyć herbatę.

Tak jak w tamten wtorek?

– Tak, stałem z filiżanką przy oknie i myślałem: „Kurczę, jaka piękna pogoda”. Bo to był wyjątkowo słoneczny wrześniowy dzień, niezwykle przejrzyste powietrze; miałem przed sobą cały Manhattan jak na dłoni: George Washington Bri-dge, East River, LaGuardia Airport… Pracowałem w wieży od 1989 roku. Nie raz obserwowałem samoloty, zwykle zakręcały nad rzeką Hudson, na północ. Tym razem jeden leciał przeciwnie, na południe, w moim kierunku. Zdziwiłem się, sądziłem, że pilot zasłabł. Dokończyłem herbatę, wyjąłem z lodówki kozi jogurt…

Kozi?

– Bo podobno zdrowe. Zawsze miałem je w pracy, jogurty i parę jabłek na śniadanie. Dochodziła 8.45, pomyślałem, że ten pilot rzeczywiście ma problemy – boeingi nigdy nie latały w tej części miasta, w dodatku tak nisko i tak szybko. I tak blisko, że widziałem okienka z głowami ludzi. Zdążyłem odczytać na kadłubie napis American Airlines, za chwilę usłyszałem huk. Budynek odchylił się, wrócił do pionu i pochylił się w drugą stronę. Był jak szczelne pudełko, okna się nie otwierały, nigdy nie można było się przez nie wychylić. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem z okna chodnik u stóp wieży.

Panika?

– Nie było powodu. W biurze nie było dymu, działała klimatyzacja, komputery, telefony. Poza tym miałem w pamięci 1993 rok, kiedy w garażu pod moją wieżą eksplodowała furgonetka, w której było kilkaset kilogramów materiałów wybuchowych. Zginęło wówczas tylko sześć osób w podziemiu. Wnętrza były kompletnie zadymione, wysiadły wszystkie instalacje, uciekałem w pośpiechu z twarzą owiniętą szalikiem, bo nie dało się oddychać. Wyglądało groźnie, ale budynek przetrwał i od tamtego zamachu poprawiono bezpieczeństwo w obu wieżach WTC, co parę miesięcy robiono próbne ewakuacje. Myślałem, że i tym razem na tym się skończy.

Zatelefonowałem do żony, która pracowała w innej części Manhattanu, wysłałem e-mail do brata we Wrocławiu i spokojnie zacząłem pakować teczkę: najważniejsze dokumenty, m.in. akt nadania obywatelstwa amerykańskiego, który trzymałem w sejfie, jabłka i jogurty na wszelki wypadek. Wtedy brat oddzwonił: „Stary, spierdalaj stamtąd”.

Wiedział więcej?

– Zobaczył w telewizji to, czego jeszcze nie wiedziałem: że samolot wbił się między 94. a 98. piętro. Kilka kondygnacji nade mną, na szczęście w skrajnie przeciwnym rogu. Razem z dwójką kolegów nie mogliśmy już otworzyć drzwi od biura, były czymś zawalone z drugiej strony, próbowaliśmy wyjść kolejnymi, udało się przez trzecie.

Zobaczyłem gruz, postrzępione ściany, wtedy dotarło do mnie, że to nie żarty. Windy już nie działały, wyszedłem na jedną z klatek ewakuacyjnych. Podwinąłem nogawki, bo schodami płynął czerwonawy strumień, zapewne z jakiejś instalacji. Ten kolor? Może krew, a może coś innego, do dziś nie wiem.

Szliśmy wciąż w dół, ale w pewnym momencie nie dało się otworzyć ciężkich ognioodpornych drzwi do następnego łącznika, więc wróciliśmy na górę w to samo miejsce i przeszliśmy do innej klatki.

Ludzi przybywało, dołączali z kolejnych pięter, ale nadal było spokojnie. Szli bez pośpiechu i bez krzyków – bo bez świadomości tego, co się dzieje ponad nami. Ktoś narzekał, że nie ma po co wychodzić, bo to pewnie tylko powtórka z 1993. Kobieta ze służb porządkowych poprosiła mnie, żebyśmy zajrzeli do toalet, czy nikt tam nie został, więc zrobiliśmy ogląd. Co chwila mijaliśmy strażaków idących w górę i to też działało uspokajająco. Było duszno i gorąco, ktoś zasłabł, ktoś siedział ranny pod ścianą, ktoś rozbił automat z piciem. Trafiłem na mnóstwo rozsypanych drobniaków, podniosłem dziesięciocentówkę i chuchnąłem na szczęście. Zostawialiśmy za sobą garnitury, teczki, buty na obcasach.

Wciąż bez strachu?

– Zmęczeni i zaniepokojeni, ale nadal opanowani, bez krzyków, popychania. Na wysokości 14. piętra usłyszeliśmy huk jak trzęsienie ziemi. Dopiero potem dowiedziałem się, że w tym momencie zawaliła się druga, południowa wieża. Zgasło światło i wtedy wybuchła panika.

Reszty nie jestem w stanie dokładnie odtworzyć: szedłem z twarzą owiniętą podkoszulkiem, po omacku, w plątaninie korytarzy, w pyle, gruzie po kolana, nie widziałem nic na wyciągnięcie ręki, gdzieś migały światła latarek, co chwila coś spadało. Pociągnąłem za sobą dwie dziewczyny, które stały w miejscu jak skamieniałe i krzyczały po rosyjsku, że nigdzie nie pójdą.

Plac między wieżami wyglądał jak po atomowej zimie: drzewa bez liści pokryte szarym pyłem, wokół wirowały jakieś strzępy, płatki.

Kiedy wyszedłem na Vesey Street, podbiegł mężczyzna i pyta, czy ze mną wszystko w porządku. Mówię mu, że OK, a on wskazuje na moją koszulę, całą we krwi. To nie była moja krew.

Zacząłem iść w górę Manhattanu, bez marynarki, cały w pyle i w pokrwawionej koszuli, ale ciągle z teczką w ręku.

Z jabłkami w środku?

– Tak, i z kozimi jogurtami, jak idiota. Szedłem Church Street, na północ, przed siebie, nie odwracając się. Gdzieś w bramie stała skrzynka z wodą, sięgnąłem po butelkę. Zacząłem łapczywie pić, podniosłem głowę: wieża północna waliła się na moich oczach, zapadła się do wewnątrz kilka-kilkanaście minut po moim wyjściu. Huk lawiny, pył sunący błyskawicznie ulicami; to było kompletnie nierealne. Zacząłem biec, byle dalej. W końcu siadłem gdzieś na belkach nad rzeką i płakałem jak dziecko. Ktoś podał mi butelkę gatorade, ktoś inny podsunął telefon. Siedziałem na deskach i cały czas gapiłem się w tamtą stronę: tam, gdzie była południowa wieża, widziałem tylko kłęby, patrzyłem, jak wali się WTC7. Nie wiem, jak długo tam tkwiłem. Metro nie działało, machałem na taksówkarzy. Skurczybyki, żaden się nie zatrzymał, żebym im tapicerki nie pobrudził. Dopiero jeden na 40. Ulicy zlitował się. „Wyglądasz na dziesięć lat więcej”, stwierdziła sąsiadka na mój widok.

Zasnął pan tej nocy?

– Tylko dlatego, że wlałem w siebie całą whisky. Wyrzuciłem ubranie i buty do kosza, gapiłem się w telewizor i ryczałem. Rozdzwoniły się telefony od znajomych z różnych krajów, wszystkie odbierała żona. Nie chciałem żadnych rozmów, niczego nie chciałem. Przez pierwsze dni nie potrafiłem wyjść z domu, potem, przeciwnie, nie mogłem tam znaleźć sobie miejsca. Napisałem do mamy we Wrocławiu długi list. Poszła dać na mszę za moje ocalenie; ponoć ksiądz odczytał list z ambony.

Zgłosiłem się jako wolontariusz do sztabu kryzysowego: udzielałem informacji ludziom, którzy szukali bliskich, pytali o dojazdy, o pomoc, o psychoterapeutów.

Pan nie szukał takiej pomocy?

– Firma opłaciła nam terapię, spróbowałem, ale gdy zobaczyłem przybitych, płaczących ludzi, odechciało mi się tam bywać. Bardzo dużo osób chodzi na psychoterapię do tej pory. Jedni próbują zapomnieć z pomocą alkoholu, niektórzy porezygnowali z pracy, wyjechali z miasta na prowincję albo do Meksyku, do Kostaryki; żyją z oszczędności, z inwestycji. Znajomy przeszedł na rentę: pozostały mu strachy, omamy, nie mógł przebywać między ludźmi.

Co pana uratowało?

– Tunnel vision, widzenie zawężone tylko do wycinka rzeczywistości. Dopiero potem zdałem sobie sprawę, że świadomość odcięła część zmysłów, tak jakby chciała oszczędzić mi drastycznych widoków. Przecież obok mnie musieli spadać ludzie, to ich krew została na mojej koszuli. A jednak nic nie widziałem, nie pamiętam.

Uratowało mnie też to, że byłem poniżej strefy uderzenia, także dobra znajomość budynku. Pewnie trochę pomogła latarka, którą rano wrzuciłem do teczki, bo tego dnia miałem zrobić inspekcję w podziemiu wieży.

Kiedy poszedł pan do Strefy Zero?

– Powiedziałem sobie, że nigdy tam nie pójdę. Przez długi czas odwracałem głowę, przejeżdżając w pobliżu. Po raz pierwszy poszedłem po kilku miesiącach. Wróciły migawki, w zwolnionym tempie: wieża składająca się jak domek z kart, wirujący pył… Zginęło 84 kolegów z mojej firmy, także nasz dyrektor naczelny Neil Levin. Jadł wówczas śniadanie w restauracji Windows on the World na ostatnim piętrze. Jego żona wydzwaniała, żeby go ratować, wysłano sześciu strażaków, oni też nie wrócili. Nie powrócili znajomi, którzy poszli pomagać innym na górę, tam, skąd nie było odwrotu. Na moją sekretarkę spadł fragment ściany.

Co roku 11 września chodziliśmy z kolegami z pracy na mszę do kościoła na Ground Zero. Po tamtym dniu Manhattan, poza którym wcześniej świata nie widziałem, stracił dla mnie niewinność. Zniknęła beztroska, wzmocniono systemy kontroli, zamienił się w twierdzę.

Wtedy pojawiły się pierwsze myśli, żeby zupełnie stamtąd uciec?

– Najpierw kupiłem dom na Florydzie i spędzałem tam niemal każdy weekend. To raptem dwie godziny lotu z Nowego Jorku. Płótno z palmą kokosową, które tu wisi nad stołem, jest pamiątką z tamtego domu. Rosła przed nim taka sama palma, grejpfruty, cyprysy… Ale i tam czułem się coraz gorzej. Niefajnie jest być samemu w domu, nawet z basenem i hektarem ziemi wokół.

Samemu?

– Zaraz po tamtym potrzebowałem dużo rozmawiać z żoną, rozgadać to wszystko. Nie była do tego skłonna. Naprawdę nie było mi wtedy za lekko, szybko posiwiałem, wysiadło serce. Nowy Rok 2001/2002 spędziłem w szpitalu. Sam.

Czułem, że się od siebie oddalamy. I że coraz bardziej oddalam się od Ameryki. Przyjechałem tam na początku lat 80., miałem skończone studia budowlane, parę lat pracy na państwowych posadach. Jak tylko pojawiłem się w Stanach, wysłałem podania o pracę do 730 firm, nie było mnie stać na więcej znaczków. Najpierw projektowałem stacje benzynowe w Karolinie Północnej, potem przeniosłem się do The Port Authority w Nowym Jorku i tam czułem się jak u siebie. Aż do 11 września. Potem nic już nie było takie samo.

Kiedy uciekł pan ostatecznie?

– To wciąż kiełkowało. Wcześniej w ogóle mnie nie ciągnęło do Polski. Miałem świetną pracę, rozwijającą się karierę, wszystkie pokusy Manhattanu. Po co miałem jeździć do kraju, poza wizytą u mamy i brata? Po 2001 roku zacząłem jednak przyjeżdżać do Wrocławia kilka razy w roku.

Praca wciąż mnie trzymała. Kilka tygodni przed katastrofą The Port Authority wydzierżawiło kompleks WTC na 99 lat przedsiębiorcy Larry’emu Silversteinowi, który w miejscu po Twin Towers postanowił postawić kolejne biurowce.

Dostałem awans i propozycję pracy: znów pójść na dół Manhattanu i budować następne wieże. Moim zadaniem było koordynowanie planów technicznych, sprawdzałem, czy wszystko jest zgodnie z przepisami. Myślałem, że jak wszystko zaczyna się od nowa, to będę mógł znów normalnie funkcjonować, że tamto mi przejdzie.

Rzadko chodziłem na budowę, raczej nie ruszałem się poza biuro, ale i tak świadomość tego miejsca… No, nie mogłem. Wytrzymałem niecały rok.

Zdecydowałem się na wcześniejszą emeryturę, choć skutkuje to znaczną obniżką świadczeń, i wybrałem Europę. Uwielbiam góry, myślałem, żeby zaszyć się w Szwajcarii, ale poszliśmy z mamą na kompromis i żeby było bliżej, zamiast Alp są Karkonosze. Mieszkam w Karpaczu już prawie rok.

Wstaje pan rano…

– Idę do kiosku po gazetę, zaparzam herbatę, staję czasem z filiżanką przy oknie. Tylko zamiast Empire State Building i Brooklyn Bridge mam widok na Kopę i Orlinek, a okna da się otworzyć na oścież. Obsadziłem je skrzynkami z pelargoniami.

Na Manhattanie włóczyłem się po galeriach SoHo i po muzeach, pływałem kajakiem po Hudsonie, co wieczór jadaliśmy z żoną w innej restauracji, chodziliśmy na koncerty.

Tutaj na obiad chodzę do baru Wrzos, gdzie mam upust po sąsiedzku. Wieczorem wyskoczę na piwo do Baru 49. Wpada tam czasem Polak z Chicago, Polka z Berlina, oboje też się tu przeprowadzili. Nie staram się o większe grono znajomych, bo dobrze mi samemu. Nie mam komputera, nie korzystam z poczty elektronicznej.

W Nowym Jorku kupowałem torby od Louisa Vuittona, garnitury Ermenegildo Zegna, flamandzkie płótno na aukcji Sotheby’s… Tak, chyba byłem snobem z Manhattanu. Teraz co niedziela jadę na targowisko staroci do pobliskiego miasteczka i zwożę wazoniki, gliniane kogutki… Jadę tak wolno, że nieraz trąbią za mną, bo wlokę się niemiłosiernie, rozglądając na wszystkie strony. Zatrzymam się czasem na poboczu, poleżę na łące. Obszedłem góry wokół. A jaka frajda ze zbierania jagód, grzybów, poziomek. Tego w Nowym Jorku nie miałem. Kurki duszę na maśle, z cebulką i śmietaną, pachnie w całym domu.

Zimą zabiorę się do biegówek i malowania.

Sąsiedzi mili?

– Trochę inni niż ci z West 86 Street. Żeby tam móc zamieszkać, trzeba przejść taki screening: rada mieszkańców bierze panią na interview i sprawdzają, co pani za jedna, na jakim stanowisku pracuje, czy ma dzieci, psy, hobby, słowem, czy się pani nadaje. Moimi sąsiadami byli aktorzy, właściciele galerii, dziennikarze.

Tutaj kłaniam się emerytom, pielęgniarce i sprzedawczyni w kiosku. Sympatyczni, skromni ludzie. W lipcu kupiłem skrzynkę piwa i razem piknikowaliśmy. Wybrali mnie na szefa wspólnoty, będziemy dach przekładać, bo tym na górze kapie na głowy. Namawiałem, żebyśmy wykupili ziemię wokół, zrobili ogrodzenie. Wyrwałem chwasty, krzaki przyciąłem, raz w tygodniu przelecę mopem klatkę schodową.

Zdecydowałem się na ten stuletni dom ze względu na spokój i widoki na góry z czterech stron. Jest fantastycznie cicho i małomiasteczkowo.

Jestem sam. Żona została w Stanach, ale jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Przysyła mi paczki z prasą i książkami, rozmawiamy przez telefon. Mam też kontakt z moim kardiologiem w Nowym Jorku i z bossem. Proponował powrót, lepszą pensję. Nie chcę już żadnych wieżowców. Myślę, żeby wynieść się na jeszcze większe odludzie. Chcę zapomnieć o ludziach, o wszystkim.

O złości?

– Raczej o wściekłości, na tych, którzy dwa razy próbowali mnie w wieżach wysadzić w powietrze. Zburzyli mi spokój, zabrali karierę, beztroskę. Może gdyby nie 11 września, byłbym kimś wartościowszym dla firmy, dla żony, dla siebie? Nic nie poradzę, że gdy mijam Araba, widzę w nim fanatyka, potencjalnego zamachowca. Przestałem nawet jadać w arabskich knajpkach.

Myślałem, że po tych kilku latach już mi odeszło, ale jak widzę wieże w telewizji, znowu beczę. Może coś ze mną jest nie tak?

Nie mam planów. Mam 56 lat, nic nie muszę, tylko żyć. Jeśli mi tu czegoś brakuje, to jedynie steków od Petera Lugera na Brooklynie.

Aneta Augustyn